Profesor Gliński wskazuje, że „słabość organizacji strażniczych i think tanków jest ewidentna. To prowadzi do patologii rozwoju innych sfer obywatelskich, np. komitetów obywatelskich, jednostek pomocniczych samorządów lokalnych itd. (…) Organizacje rezygnowały z funkcji kontrolnych, głównie dlatego że były uzależnione finansowo od lokalnych możnych, co uniemożliwiało obiektywną kontrolę”. Trudno się z tym nie zgodzić, choć sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana, niż to się daje ująć w ramach wywiadu dotyczącego znacznie szerszego obszaru, jakim jest ogólny niedorozwój społeczeństwa obywatelskiego.
Zaczynając jednak od problemu, na który wskazuje profesor Gliński – uzależnienia finansowego polskich strażników, pozwolę sobie przedstawić moje osobiste doświadczenia i obserwacje. Działam w środowisku organizacji lokalnych zajmujących się bardziej lub mniej udatnie kontrolą obywatelską od ośmiu lat. Przeprowadziłam na ten temat setki rozmów z koleżankami i kolegami z mojego i innych środowisk. Szefując ogólnopolskiej organizacji, która stara się wychwytywać wszelkie przejawy strażnictwa na poziomie lokalnym i koordynując przez pewien czas projekt wspierania organizacji strażniczych, sądzę że mam pewien obraz tego, jak sytuacja wygląda w Polsce. Nie wątpię oczywiście, że nie musi to być obraz całkowicie trafny.
Niezależności finansowej brak
Czy lokalne działania kontroli obywatelskiej zostały uniemożliwione w wyniku uzależnienia finansowego od samorządu? O jakie działania chodzi? Mogą one dotyczyć praktycznie wszystkiego, czym zajmują się lokalne władze. Od wywiązywania się z ich zadań w zakresie pomocy społecznej, zdrowia, poprzez edukację i kulturę, po ekologię i inwestycje. W każdym z tych obszarów samorząd ma swoje kompetencje i obowiązki, a organizacje czy obywatele mają prawo interesować się tym, na ile się z nich wywiązuje. Czy jednak ta sama organizacja, która poszukuje środków na pomoc swoim beneficjentom – osobom bezrobotnym, ubogim, bezdomnym, chorym czy wykluczonym w inny sposób, będzie ryzykowała nieotrzymanie środków na działalność bezpośrednią, tylko dlatego, że są one wydatkowane nie do końca właściwie czy efektywnie? Czy będzie ryzykowała naruszanie istniejącej struktury interesów, gdy władza jest wielokrotnie silniejsza? Raczej nie. Bardziej prawdopodobne, że postara się wejść do jakiegoś ciała „doradczego” przy urzędzie gminy, aby mieć większy wpływ na podział środków. To po prostu racjonalna kalkulacja. Jak powiedział nam kiedyś jeden z liderów organizacji zajmujących się wysoce profesjonalną pomocą dla jednej z grup wykluczonych, który badał zgodność z prawem postępowania urzędów i agencji, tym razem centralnych – „największym problemem organizacji pozarządowych jest klientelizm”. Wiedział co mówi, bo instytucja, która najbardziej łamała prawo, była właśnie sponsorem badania. Nie muszę zresztą daleko szukać, nasza własna organizacja otrzymała finansowanie z Funduszu Inicjatyw Obywatelskich na Pozarządowe Centrum Dostępu do Informacji Publicznej i jeszcze w trakcie finansowania z tego źródła, największe nieprawidłowości wykryła u grantodawcy. Jedno źródło do wspierania naszych działań, tym samym nam odpadło. Potem odrzucaliśmy kolejne. Coraz bardziej obawiam się dokąd ta „strategia kamikadze” prowadzi. A jednak mam przekonanie, że tak właśnie organizacja strażnicza powinna postępować.
To jednak nie jest przekonanie powszechne. Zadzwoniła do nas kiedyś przedstawicielka organizacji lokalnej, która realizuje działania strażnicze, z pytaniem jak może zostać naszą członkinią. Znałam tę organizację ze słyszenia i podobały mi się jej pomysły, jednak wiedziałam, że jest finansowana przez samorząd. Zwróciłam jej zatem uwagę, że staramy się, aby nasi członkowie byli możliwie niezależni od władz lokalnych. Nie mamy tu pełnej skuteczności, ale przynajmniej ten temat regularnie podnosimy. Ku mojemu zdziwieniu, rozmówczyni miała na ten temat zupełnie inne zdanie. Uważała bowiem, że jeśli organizacja realizuje różne działania lokalne, to władze MUSZĄ zaakceptować, że czasem będą krytykowane, a sprawdzianem ich „jakości” jest właśnie współpraca w różnych sferach. O święta naiwności! miałam ochotę zawołać, pomyślawszy sobie o pewnej historii, która nas spotkała. Wydarzyła się ona naprawdę, choć trudno w nią uwierzyć.
Bezpieczeństwa brak
A historia zaczęła się jak typowy lokalny projekt strażniczy. Dwie liderki z Białej Rawskiej, uczestniczące w naszej Szkole Inicjatyw Strażniczych, rozpoczęły monitoring sposobu informowania mieszkańców przez władze samorządowe – głównym punktem zainteresowania był proces budżetowy oraz ewentualnie odbyte konsultacje. Sam monitoring odbywał się w ramach ogólnopolskiego programu naszego Stowarzyszenia, zatytułowanego Laboratorium Monitoringu Budżetu. I tak zaczęła się nasza przygoda z władzami Białej Rawskiej. Pominę tu co się działo lokalnie, gdyż nie chcę naszych współpracowniczek narażać na jeszcze większe szykany, niż je spotkały i skupię się na tej części historii, gdy to my stajemy się obiektem zainteresowania władz gminnych. Zaczęło się od listu Burmistrza Białej Rawskiej, skierowanego do Stowarzyszenia, zarzucającego nieprawidłowości w realizowanym lokalnie monitoringu. List obszernie wskazywał, w którym miejscu znaleziono nieścisłości, oraz podkreślał istnienie osobistych urazów jednej z naszych współpracowniczek. To są tematy rzeczywiście istotne dla strażnictwa, jednak list Burmistrza nie był jedynym źródłem informacji, jakim dysponowaliśmy. O wielu kłopotach w prowadzonym monitoringu wiedzieliśmy wcześniej, byliśmy też osobiście w Białej Rawskiej podczas prezentacji wyników monitoringu. Jednak dziwiło nas, dlaczego Burmistrz nie podejmuje polemiki u siebie. Jakoś zawsze wydawało nam się, że kolejność jest taka, że obywatele monitorują, przekazują raport władzom, dając możliwość odniesienia się, a władze przekazują swoje uwagi, a potem pojawiają się na prezentacji i mogą przedstawić jak sprawy wyglądają z ich punktu widzenia. W końcu wszyscy się uczymy, obywatele nie mają pełnej wiedzy, w związku z czym trzeba ćwiczyć wzajemne kontakty. Pomysł, by „naskarżyć do Warszawy” wydał nam się dość oryginalny. Nasza odpowiedź była stanowcza, aczkolwiek, jak nam się wydawało, raczej dyplomatyczna. Wskazywaliśmy, że raport jest przygotowany przez mieszkanki gminy i najlepszym rozwiązaniem jest jednak do nich kierować uwagi.
W kilka miesięcy później przeżyliśmy szok. Zadzwonił do nas zażenowany pracownik Wydziału Spraw Obywatelskich w Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy, przepraszając że w zasadzie dzwoni w sprawie nienależącej do zakresu kompetencji organu nadzoru, ale że oto wpłynęło do niego pismo od Sekretarza Gminy w Białej Rawskiej, jakoby na naszych stronach internetowych znajdowały się linki do stron pornograficznych. Bardzo się zdziwiliśmy, ale szybko zostało ustalone, że są to linki znajdujące się w komentarzach, które wstawia robot buszujący po Internecie. Nigdy ich nie kliknęliśmy, więc nawet nie mieliśmy świadomości gdzie prowadzą, jednak i nas denerwował stan strony internetowej i właśnie byliśmy w trakcie uruchamiania nowej wersji. Obiecałam pracownikowi urzędu, że sprawa w ciągu kilku dni zostanie naprawiona. I tak się też stało. W kilka miesięcy później, ten sam Pan, na prośbę swoich przełożonych, zadzwonił zapytać, jaki problem mają z nami urzędnicy z Białej Rawskiej. Wpłynęło bowiem do niego kolejne pismo z pytaniem jak załatwiona została sprawa. Odpowiedź powinna być prosta – linki zniknęły, od dłuższego czasu działała nowa strona. W pierwszym piśmie Urząd w Białej Rawskiej martwił się o młodzież, która odwiedzi naszą stronę i wzywał do podjęcia przez organ nadzoru działań na rzecz zmiany stanu rzeczy. Stan rzeczy został zmieniony, można to było sprawdzić z każdego miejsca na świecie. Pozostaje zagadką, jakich działań oczekiwał Sekretarz Urzędu w Białej Rawskiej wobec naszego Stowarzyszenia….
A zatem działania strażnicze na poziomie lokalnym się nie udają nie tylko dlatego, że organizacje są uzależnione od finansowania. To powoduje jedynie, że takie działania nie są zazwyczaj prowadzone przez działające organizacje, a przez inne podmioty – pojedyncze osoby bądź podmioty nieformalne. A i takim osobom jest trudno – Biała Rawska to patologia, ale także w innych niewielkich gminach, sieć wzajemnych powiązań, powoduje, że trudno jest uchronić siebie i rodzinę przed konsekwencjami interesowania się działaniami władz. Tym niemniej, mimo trudnych warunków działania, w wielu miejscach inicjatywy kontrolne są podejmowane. Ważne wydaje się w tym wszystkim kształcenie się obywateli – znacznie lepiej wychodzi to po latach, gdy mieszkańcy mają zgromadzone argumenty, gdy kilka razy okaże się, że mieli rację, gdy znają prawo lepiej niż urzędnicy.
Poczucia istotności brak
Jednak działania strażnicze są dość skąpe nie tylko na poziomie lokalnym. Również centralnie czy regionalnie, takich które doprowadziły do dużej zmiany jest stosunkowo niewiele. Nie będę wymieniała tych, które moim zdaniem odniosły skutek, gdyż wiem, że jest on często bardzo odsunięty w czasie. To co przez kilka lat się nie udaje, w odpowiednim czasie i miejscu nagle przynosi rezultaty. Co nie oznacza, że przygotowanie solidnej strategii na rzecz wprowadzania zmiany jest zbędne.
Byłam ostatnio na spotkaniu z profesor Razmą Karklins – autorką książki o korupcji w krajach postkomunistycznych, która wspominała że jeszcze kilkanaście lat temu, gdy podnosiła kwestię korupcji w rozmowach z różnymi instytucjami słyszała, że „moralizuje”. I ja się tak często czuję widząc jak odmienny mam sposób myślenia od wielu moich koleżanek i kolegów, nawet tych, z którymi współpracuję w różnych ciałach i koalicjach. Zupełnie niedawno, gdy w jednym z takich miejsc dyskutowaliśmy kwestię dokładnego „odpytania” administracji państwowej z działań podejmowanych w jednym z obszarów – włącznie z wkroczeniem na drogę sądową w razie oporu ze strony tej ostatniej – usłyszałam „Jestem przeciw wchodzeniu na drogę sądową, chyba że macie dużo czasu i energii”. No więc sukcesem jest moim zdaniem, że jest trochę osób i organizacji, które mają dużo "czasu i energii". Jest oczywiste, że nigdy nie będzie to temat ważny dla wszystkich – dla jednym bowiem czynnikiem świadczącym o jakości demokracji jest to, w jakich warunkach żyją grupy zagrożone wykluczeniem, dla innych jak aktywni są obywatele, a dla jeszcze innych na ile szanujemy się nawzajem. Dla strażnika czy strażniczki te wartości też są bardzo istotne, ale mamy swój specyficzny punkt widzenia. Nas interesuje to, na ile Państwo (i władza wszelkiego szczebla i typu) zapewnia realizację praw, które zapewniają nam Konstytucja i ustawy. Tym samym na ile Państwo faktycznie zapewnia wolność religii, równość płci, wolność wypowiedzi i wszystko co nam przysługuje. Cele organizacji strażniczych i nie-strażniczych są wspólne. Mamy różne metody i różne rozwiązania uważamy za kluczowe. Moim zdaniem muszą istnieć zarówno organizacje świadczące "usługi" i na tym kończą, i takie, które które poświęcają "czas i energię" na zapewnienie dobrego, rozliczalnego i sprawiedliwego systemu finansowania tychże "usług". Te drugie to organizacje strażnicze. Strażnicza noga społeczeństwa obywatelskiego jest niedostatecznie rozwinięta – i tu się zgadzam z profesorem Glińskim. Jednocześnie jednak istnieje, stara się rozwijać, dyskutuje o wartościach – i to jest powód, dla którego, choć pełna obaw, patrzę z nadzieją w przyszłość. To co już się udało, to wielki kapitał, zważywszy na to, że wciąż jeszcze w powszechnym odbiorze chyba raczej „moralizujemy” niż robimy coś potrzebnego.